24 lata – tyle czasu upłynęło od naszej pierwszej wizyty w pracowni mistrza Henryka Worobca. Po prawie ćwierć wieku odwiedziliśmy ją ponownie.
Tym jednak razem nie zastaliśmy Mistrza, ale jego wychowanka – syna Mateusza. Z Henrykiem minęliśmy się dosłownie o włos. Ale oczywiście doświadczyliśmy worobcowej gościnności. Mateusz ziają się nami serdecznie, nie stronił od prezentacji pracowni na stałe związanej z polskim fajkarstwem i fajczarstwem. Zastaliśmy go w trakcie obróbki jednego z modeli fajek. Choć – co Mateusz sam przyznał – wiele czasu zajmuje mu praca nad odrestaurowywaniem fajek. – Nie nadążam – powiedział szczerze, pokazując na stos pudełek z fajkami czekającymi na rękę mistrza.


Te dwa zdjęcia dzielą od siebie 24 lata…
Z zachwytem popatrzyliśmy na wszystkie możliwe zakamarki worobcowej pracowni. Gdy zatrzymaliśmy się dłużej przy obrabiarce, z trochę dziwmy pasem u jej podstawy, usłyszeliśmy: – To jest hamulec. Wymyślony jeszcze przez dziadka Pawła. Działa znakomicie do dziś – powiedział Mateusz.

Ów hamulec to porządny kawałek parcianego pasa, za pomocą którego hamuje się obroty wrzeciona po wyłączeniu maszyny. W ten sposób nie trzeba czekać aż sama przestanie wirować. Przyspiesza to pracę, można bowiem szybciej założyć do imaka kolejny element do obróbki.
Oczywiście zachwyciło nas kilka innych szczegółów. Ot, choćby specjalny dyplom od członków Przemyskiego Klubu Fajki na Henrykowe imieniny. Czy niebanalny, zakurzony wszechobecnym pyłem, żyrandol.
To była przemiła wizyta i wspaniała podróż sentymentalna. Dziękujemy Mateuszu, dziękujemy Henryku!












