Kto nie lubi otrzymywać prezentów, niech pierwszy rzuci… My bardzo je lubimy. I zawsze sprawiają nam radość.
Radośnie było także we Wrocławiu. Najpierw zaskoczył na Marek Stanielewicz, wręczając torebkę z „czymś”. W ferworze wydarzeń związanych z jubileuszem nie mieliśmy czasu zajrzeć do niej. Uczyniliśmy to dopiero w domu. Naszym oczom ukazał się kartonik, a w nim… No – jakby tu powiedzieć – wprost cudnej urody popielniczka, z obrotowym wieczkiem. Ale oczywiście nie ono stanowi o „urodzie” przedmiotu. Zresztą PT Czytelnik oceni to sam…

Kolejne zaskoczenie było dziełem naszego „honorowego” prezydenta – Marka Chmielowskiego z I KLF. – Mam coś – usłyszeliśmy od niego, gdy wysiedliśmy z tramwaju. Chwilę poszperał w przepastnym plecaku i do naszych rak trafiła… flaszka. I to jaka! Najprawdopodobniej przepyszna (nie odważyliśmy się jej jeszcze spróbować) tyniecka nalewka, czyli „Benedyktynka od siedmiu boleści”, likier z opactwa lubińskiego.
Obu Darczyńcom bardzo, bardzo dziękujemy!





