Oravska Polhora (czyli w wolnym tłumaczeniu Orawski Pagórek, choć dawniej nosiła też nazwy w innych językach) to najdalej wysunięta na północ miejscowość Słowacji. Tu swoja siedzibę ma PC Orava – klub, który zasłynął w fajczarskim świecie niezwykłą aktywnością i niecodziennymi inicjatywami. Skorzystaliśmy z zaproszenia i pojechaliśmy na tegoroczne GP Oravy.

Zauroczenia i zaskoczenia
Oravska Polhora to typowa wieś-ulicówka, przez kilka kilometrów ciągnącą się na lewym brzegu urokliwej Polhoranki. Leży mniej więcej w połowie wysokości Babiej Góry, na którą wiedzie jeden z najstarszych w Europie szlaków turystycznych. Nas już na samym początku i zauroczyła, i zaskoczyła. Nim poznaliśmy fajczarzy z PC Orava przespacerowaliśmy się po liczącej ok. 4,5 tys. mieszkańców wsi.

Bardzo urokliwej, zadbanej, z pracowitymi mieszkańcami, którzy nie stronili od rozmów z obcymi, w ogóle nie przejmowali się odmiennością językową. Ale gdy chodząc wzdłuż głównej drogi napotykaliśmy grupy dzieci czy młodzieży zawsze… byliśmy witani „Dobry den”. I to działo się naprawdę!

Frantisek nie Franciszek
A że była to pora obiadowa wstąpiliśmy do „Polhoranki” – miejscowej restauracji, w której ma także siedzibę PC Orava. Placki były pyszne, ale nasze pierogi są lepsze. Trochę socrealistyczne wnętrze nie przeszkadzało kucharzowi w odpowiednim przygotowaniu i doprawieniu potraw. Mieliśmy się o tym przekonać jeszcze nie raz, i nie dwa. Prowadzi ją Frantisek Vorčák. – Tak, Frantisek, a nie Franciszek – łagodnie poprawiał nas za każdym razem, gdy „spolszczaliśmy” jego imię. Znakomity facet, wspaniały organizator znający się na rzeczy. Z wiecznym uśmiechem na twarzy. Bardzo dowcipny. Gdy bowiem chwaliliśmy ziemniaczane delicje odparł: – Nie wiem jak to odbierzecie, ale one są z ziemniaków mojej teściowej, która dała je specjalnie mnie… Hmm, iście angielskie poczucie humoru…

U Hrubjaka
Miejscówkę znaleźliśmy w Internecie u Richarda Hrubjaka. Prowadzi pensjonat, w którym jest wszystko – od gorącej wody i wygodnych łóżek, po przestronną kuchnię z pełnym wyposażeniem, Wi-Fi, telewizją itd. Od niego niezbyt daleko do sklepów, w tym czynnego siedem dni w tygodniu, przez 24 godz. na dobę. Ta, tak. Jeśli dysponujesz odpowiednią aplikacją wchodzisz nawet w nocy, robisz zakupy, płacisz i wychodzisz. Sprawdziliśmy jego ofertę w normalnych godzinach otwarcia. No, nasze biedry i lidlowce mogą się uczyć. I choć nie poznaliśmy osobiście pana Richarda to był na każdy telefon, na każdą prośbę o pomoc. I tak sobie pomyśleliśmy, że jest tak pewnie dlatego, że człowiek prowadzący biznes musi dbać o klienta. Ale następne spotkania kolejny raz udowodniły, że kto płytko myśli ten nie myśli.

Wyprawa na Babią Górę
Po dobrze przespanej nocy, porządnym śniadaniu w zajeździe Babia Hora, wyruszyliśmy na spotkanie przed wyjściem na… Babią Górę. Wyznaczono je obok domu-muzeum, w który najlepsze lata swoje twórczości spędził (prawnik „w cywilu”) najsłynniejszy słowacki autor bajek Pavol Hviezdoslav. Muzeum odwiedza wiele osób. Tym bardziej, że leży na babiogórskim szlaku. Ma też kilka niespodzianek, o których mieliśmy się przekonać za kilka godzin. Przy Domu Hviezdoslav’a spotkaliśmy orawskich fajczarzy, którzy pod wodzą prezydenta Pavol’a Jurčák’a przygotowywali wszystko, w tym terenowe samochody, którymi mieliśmy pokonać spory kawałek szlaku. Gdy więc zabrała się prawie 30-osobowa grupa chętnych, w tym sześcioro Polaków, ruszyliśmy. Mogliśmy wjechać w teren chroniony. Dostaliśmy bowiem specjalne pozwolenie od władz tego obszaru. Chyba nie było to dla naszych gospodarzy zbyt trudne, bo spora ich część od pokoleń pracę w lesie ma we krwi. Mijaliśmy urokliwe polany, strumienie, doliny i przełęcze. Wreszcie dotarliśmy do początku szlaku, grubo powyżej jego połowy. Nawigacja wskazywała, że to 1,5 godz. pod górkę. Hm…

Wyprawa warta była poniesionego trudu: te widoki, urok mijanych turystów, nietypowe obrazki jak posuwający w górę, a potem w dół, niemal z prędkością F1 młodzieniec w… klapkach, chmury ocierające spocone czoła, porywisty wiatr… I to, że wszyscy dotarli na szczyt, a my nie:-( Bo choć wszyscy maja nogi…

Na szczęście nasza Zdecydowanie Lepsza Połowa „zaniosła” nasze oczy i serducho na samiuśki wierch – pod krzyż, pod tablicę poświęconą Św. P. G. Frassati’emu. Poza tym mamy pełen obraz wyprawy dzięki zdjęciom nadwornego fotografa PC Orava – Miroslav’a Kovaliczek’a. Miro – wielkie dzięki raz jeszcze. Twoje foty – palce lizać!

W dół było jakby łatwiej, ale na szczęście znaleźliśmy się w grupie, która po górach chodzi wolniej. Poczekał na nas niezastąpiony cicerone i opiekun, przemiły gawędziarz, fajczarz i muzyk – Drahoš Daloš. O nim na pewno jeszcze napiszemy, bo bardzo, bardzo warto.
Msza i gulasz
Tak więc po kilku godzinach marszu na powrót znaleźliśmy się w gościnnym ogrodzie Domu Hviezdoslav’a. I tu kolejna niespodzianka – msza pod gołym niebem w intencji wszystkich, a w szczególności fajczarzy. Odprawili ją ksiądz i zakonnik, a lekcje czytały członkinie PC Orava. Posileni duchowo skorzystaliśmy z zaproszenia gospodarzy na coś dla ciała. Ummmm… Jaki ten gulasz był pyszny! I to z dziczyzny. A te wędliny domowej roboty! Dość powiedzieć, że w serwowanej kiełbasie poczuliśmy smak wędlin przygotowywanych przez naszego dziadka Bolesława.

Wieczór też dla duszy i ciała fajczarskiego
Po paru godzinach relaksu znów spotkanie w „Polhorance”. Tu bowiem odbyła się wieczorna sesja poświęcona historii fajki na Oravie, uroczyste poświecenie ikon oraz prezentacja nietypowej fajki pomysłu orawskich fajkarzy. No i oczywiście znakomita kolacja z miejscowych specjałów zafundowana przez Frantiska. Oj, jak dobrze było nam na duszy i ciele…
Ale to już w kolejnej odsłonie „orawskich zaskoczeń”.
Galeria zdjęć Miroslav’a Kovaliczek’a/PC Orava































