Jeszcze przed Bożym Narodzeniem 2014 roku pogwarzyliśmy sobie z Marszałkiem Fajczarstwa Polskiego, z Januszem K. Molskim. Nie narzekał. Obiecywał, że być może uda się nam jeszcze spotkać na którymś z turniejów. Cieszyliśmy się, bo z Fajczarzem Kalumetu 2010 zawsze dobrze nam się rozprawiało i pykało.  Niestety… W sobotnie popołudnie (31 stycznia 2015 r.) prezydent Konińskiego KF Jurek Wilczkowiak przekazał nam tę bardzo smutna wiadomość…

Odszedł na zawsze jeden z największych polskich fajczarzy, człowiek, któremu nasze środowisko bardzo wiele zawdzięcza. 

Januszu, Panie Marszałku! Tam fajki w ręce biorą, a Ty…

Czcząc pamięć Janusza przypominamy wywiad przeprowadzony z Nim w 2008 roku, opublikowany w lipcowym Kalumecie.

 

 

Fajki są pięknymi przedmiotami

Z Januszem K. Molskim – generałem fajczarstwa polskiego, znawcą i kolekcjonerem fajek, koneserem tytoni rozmawia Mirosław Jurgielewicz

(21.07.2008.)


Dlaczego człowiek sięga po fajkę?

– Żeby się zrelaksować.

I robi to tylko dla relaksu?

– Smak tytoniu na kubkach też daje przyjemne przeżycia.

Pamiętasz Twoją pierwszą fajkę, tytoń?

– Tak. To była fajka brytyjska, może z niezbyt reprezentacyjnej półki, bo Dr Max. A tytoń – to był „Clan”.

Od tej pory ile fajek zobaczyłeś, ilu tytoni spróbowałeś?

– Ooo, to wszystko idzie już w tysiące. Bardzo trudno odpowiedzieć mi na to pytanie. Myślę że próbowałem grubo ponad tysiąca tytoni. No a fajek oglądałem na pewno już nie setki a tysiące, może setki tysięcy. Pod wielkim wrażeniem byłem zawłaszcza w czasie pobytu w St. Claude we Francji, gdzie jest tylu producentów fajek. Niespotykana wręcz gdzie indziej ich koncentracja. Są bardzo uprzejmi i mili. Pozwalają obejrzeć cały cykl produkcyjny. Można do woli wybierać, przebierać i oglądać fajki. I nawet w kilku sklepach trafiłem na duże kosze z fajkami, bez opakowań, woreczków, ale cena była bardzo przystępna. Można było sobie wybrać zupełnie ładne kształty, których nie miałem jeszcze i po prostu zakupić. Cena była o około 80 proc. niższa niż normalnie. Myślę, że na pewno miały jakieś defekty, ale w tamtych latach uznałem, że jest to super zakup i oczywiście kupiłem ich kilka.

A w ogóle zacząłem palić, kiedy miałem 18 lat. I do tego momentu palę fajkę cały czas, a mam już 65 lat.

Papierosów nie paliłeś nigdy?

– Nie, papierosów nie paliłem nigdy. Gdy chodziłem do szkoły średniej byłem zafascynowany angielskimi dżentelmenami – ludźmi zrównoważonymi, spokojnymi. Zanim coś powiedzieli to się zastanawiali. Zawsze z fajeczkami. I taka osobowość – bardzo zintegrowana, wyciszona – bardzo mi odpowiadała. I myślę, że chciałem się na takiego człowieka wykreować. Czy to się udało – trudno mi powiedzieć. Musiałbym pewnie zasięgnąć opinii moich znajomych i kolegów. Ale niewątpliwie Brytyjczycy i literatura brytyjska, Sherlock Holmes i te wszystkie wydarzenia spowodowały, że zainteresowałem się fajką.

Epizodem, który zaważył na tym, ze zacząłem kolekcjonować fajki i nimi interesować się jeszcze bardziej było moje spotkanie z Franciszkiem Kotulą. Swoją kolekcję (unikatową w Polsce) wystawiał na zamku w Łańcucie. Wydał do tego piękny katalog, opracowany przez panią Olszewską. Pojechałem tam. Spędzałem z nim długie godziny na rozmowach. I to on zaszczepił we mnie olbrzymie zainteresowanie fajkami jako wyrobami materialnymi z minionych epok. Powiedział mi wówczas, że kolekcjonerstwo ratuje te zabytki, dobra kultury materialnej, od niechybnej zagłady. I dlatego warto się tym zajmować.

Ile więc fajek uratowałeś przed zagładą?

– To jest grubo ponad 500 egzemplarzy. Niektóre fajki otrzymywałem w prezencie na imieniny czy święta. Wówczas już wszyscy wiedzieli, że interesuję się fajkami. I gdzieś tam znalezione w domach mieszczańskich czy wiejskich, w różnych okolicznościach, trafiały do mnie. Teraz kontynuuję to w ten sposób, że część kolekcji przekazałem już do Muzeum Dzwonów i Fajek w Przemyślu. Myślę, że przekaże cały mój zbiór – i obrazów, i literatury na ten temat. Przecież wszystkiego na tę drugą stronę nie zabiorę z sobą.

Wrócimy jeszcze do St. Claude jako punktu wyjścia do kolejnego pytania. St. Claude to nie jedyne pracownie fajkarskie w Europie, które osobiście odwiedziłeś?

– Oczywiście, że nie. Ale wywarły na mnie niesamowite wrażenie, ponieważ to było w czasach, kiedy musiałem wykonać niezwykle wiele zabiegów, żeby otrzymać paszport. Dlatego to było dla mnie takie istotne. Teraz można pojechać wszędzie, co najwyżej jest to kwestia czasu i pieniędzy. Ale wówczas… Na szczęście można było to zrobić i dzięki temu byłem w wielu miejscach gdzie produkuje się fajki. Ale największe wrażenie zawsze wywierali na mnie Włosi.

Savinelli?

– Savinelli to jest fabryka. Podobnie jak Brebia – to są wielcy potentaci. Oni nie robią prawie wcale unikatowych fajek. Ale na przykład te małe, rodzinne firmy, takie jak Ser Jaccopo czy Castello (jej właściciele opowiadali mi, że ich rodzina robi fajki od XVII wieku) – tak. W Castello pokazywano mi klocki wrzośca, które miały ponad 100 lat. To wzbudza respekt. Oczywiście we Włoszech jest bardzo dużo ludzi produkujących fajki. Osobiście poznałem około 20 z nich, a z tego co wiem to jest ich ponad 100. I to zarówno w północnych Włoszech jak i na Sycylii. Jeszcze trzy firmy są na Korsyce, ale nie dotarłem tam nigdy. We włoskich kolekcjach jest bardzo dużo wspaniałych arcydzieł, prawdziwych dzieł sztuki. Pomijam już te modele stricte użytkowe – gdzie widzisz straight grain. Są fajki rzeźbione, które wymagają od wykonawcy wielkiego talentu, ponieważ bruyere jest materiałem twardym. Mocniejsze naciśniecie powoduje, że rzeźbiona postać zostaje na przykład bez nosa. Oglądałem tych ludzi przy pracy – to jest benedyktyńska robota, ale jej efekt zawsze wspaniały.

No i północ – Duńczycy. Tam też byłeś.

– Powiem tak – wiele firm, w których byłem w Danii jeszcze 40 lat temu, już nie istnieje. Czy to wynik dużej konkurencji, czy też tego, że wielu ludzi już odeszła. Jak na przykład Larsen. A rodzina nie chce już kontynuować jego dzieła.

Sprzedała sklep i miejsce – jest tam dziś kawiarnia…

– Larsen to był przemiły człowiek. On sprzedawał nie tylko fajki i tytoń, ale obok miał muzeum. Sporządzał też własne mieszanki tytoniowe.

Podobno miałeś tam swój zapis w specjalnym zeszycie?

– On był tak miły, że pozwalał spróbować wszystkiego. A wizyta w jego sklepie to pół dnia i jeszcze powiedziałem, że następnego dnia też przyjdę. Wyczuwał człowieka, który miał jakąś pasję. Na przykład kupiłem u niego fajkę Dunhill, która kosztowała 2.500 koron, za… 500.

Potrafisz się po prostu targować…

– Nie, on mi powiedział tak: jeśli chcesz kupić tę fajkę to zapłacisz mi 500 koron i jest twoja. Oglądałem ją długo i pieczołowicie. Nawet założyłem taką podświetlaną lupkę. Oglądałem fakturę, sprawdzałem czy nie ma jakichś braków. On zapewnił mnie, że gwarantuje jakość. I taki potężny upust – myślę, że stracił na tej fajce… Zapytałem go, po podziękowaniu za ten gest, dlaczego? Usłyszałem: „- Ta fajka jest u mnie 10 lat. I o te 10 lat za długo…”. I jak widać ta cena była również zaporowa dla Skandynawów, którym przecież wiodło się lepiej niż nam. To takie bardzo miłe wspomnienie.

A byłeś u Dunhill’a?

– Byłem tylko w jego sklepie. Natomiast w wytwórni nie byłem. Ale w tych czasach to nie była już typowa trafika. Oprócz fajek były piersiówki, garnitury i krawaty. To już nie była trafika taka jak u Larsena, gdzie czuło się tę atmosferę i klimat oraz pasję właściciela. Larsen nie wyobrażał sobie, że w tym miejscu może być jakiś inny asortyment. Spotkałem się tylko z wnukiem Dunhill’a – Richardem. Podarował mi katalog z osobistą dedykacją – mam go gdzieś w domu. Bardzo miły człowiek, ale w sumie – był typowym Anglikiem, młody, bez emocji. Pytałem o cenę – odpowiadał. I to wszystko. Byłem nawet lekko rozczarowany pobytem w tym sklepie. Wyobrażałem sobie, że od góry do dołu zobaczę ściany fajek i tytoni. A w sumie stanowiły one śladową cześć tego sklepu. Nieodparcie przypomina mi się zdjęcie, na którym Alfred Dunhill sprzedaje fajki na wojennych gruzach Londynu. I właściwie kupiłem u niego tylko dwie książki – „The Gentle Art of Smoking” i „The Pipe Book”. Fajki nie kupiłem żadnej, ale jedną puszkę tytoniu. To był właśnie „Night Cap” – z takim panem – w szlafmycy i z fajką – na wieczku. I to były moje jedyne zakupu u Dunhill’a, choć trzeba pamiętać, że były to czasy, gdy obowiązywały książeczki walutowe i limity dewizowe. I właściwie nie można było swoich marzeń urzeczywistnić.

Ale Wielka Brytania odcisnęła wyraźny ślad na Twoim życiu. Nadal przecież jest członkiem PC of Great Britain.

– No tak, byłem nawet zaproszony do Londynu na lunch z prezydentem Wałęsą, ale z powodu pilnych spraw związkowych pana przewodniczącego ta wizyta nie doszła do skutku. Ubolewam na tym, ale to były takie burzliwe czasy.

Czyli prezydent Wałęsa jest członkiem tego samego klubu co Ty?

– Tak, on jest nawet honorowym członkiem. Miałem taki epizod, że dostałem dla Wałęsy fajki z Anglii. Wówczas byłem prezydentem RPKF i na moje ręce je przysłano. To było piękne etui z hebanu i platynowa tabliczka na jego wieczku z napisem „Fajczarzowi Roku PC of Great Britain”, a w środku były trzy fajki: GDB, Dunhill i najskromniejsza – Falcon. I miałem dylemat: przesyłka nadeszła w listopadzie 1981 roku, a 13 grudnia wybuchł stan wojenny. Nie zdążyłem więc wręczyć tych fajek. Ale chcąc się wywiązać z nałożonego na mnie obowiązku, nie dopuścić do tego, żeby Wałęsa pomyślał, że przywłaszczyłem jego fajki, a były wówczas olbrzymie trudności w poruszaniu, skorzystałem z pomocy zaprzyjaźnionego zakonnika, który był w Kaliszu u Jezuitów. Dogadałem się z nim i on po prostu zwiózł te fajki do Gdańska, do Wałęsy i to w stanie wojennym. Oczywiście Wałęsą otrzymywał mnóstwo fajek z krajów, w których bywał. Jego zdjęcia ze stoczni, palącego fajkę, obiegły cały świat. I był to ulubiony prezent gospodarzy jego pobytów. Po latach Wałęsa był w Kaliszu, ale znowu mnie nie było. Dzielnie zastąpił mnie Leszek Sosnowski, który stosowne prezenty przekazał w hotelu „Prosna”. W kilka lat później Wałęsa powiedział, że wszystkie prezenty jakie otrzymał przekazał na Jasną Górę. Nie wiem czy fajki też tam są – dawno nie byłem w jasnogórskim skarbcu.

Twoja wiedza i doświadczenie w pewnym momencie zaowocowały intrygującą informacją: „Janusz K. Molski pisze książkę”, polską encyklopedię fajki.

– I rzeczywiście ta książka została napisana. Ś.p. Krzysiu Soliński, będąc dyrektorem Wydawnictwa Pomorze powiedział, że bez problemu wyda mi tę książkę. Ale losy się tak potoczyły, że „Pomorze” upadło, Krzysiu przestał być dyrektorem no i gdzieś ten rękopis… zaginął. Nie ma go. Już mi go nie zwrócono.

Jesteś twórcą jednego z najstarszych klubów w Polsce, byłeś także prezydentem RPKF, animatorem ruchu fajczarskiego, który wyprowadził go na świat. Jak z tej perspektywy oceniasz to, co dzieje się dziś z polskim fajczarstwem, obliczanym na około 200 osób bardzo aktywnych i około 120-180 tys. palących fajkę Polaków?

– W latach, gdy zaczynałem swoją przygodę z fajką było ich jeszcze mniej. Natomiast z czym się spotykaliśmy na Zachodzie? Z ogromną życzliwością, że ludzie gdzieś tam z Europy Wschodniej palą fajkę, są sympatyczni i mili. Pomagali nam w różny sposób. Mogę wymienić kilka nazwisk. Pierwszy prezydent CIPC – Poul Bastien z Paryża, założyciel AId’laP. Byłem zapraszany przez niego na posiedzenia tego ciała. Właściwie nie było roku żeby nie przysyłał na rocznicę klubu tytoni i fajek. I oczywiście przepiękne życzenia. Bardzo życzliwie byliśmy traktowani przez ludzi z Europy Zachodniej. To samo mogę powiedzieć o Włochach. W tamtym czasie wydawali kilka periodyków. Prenumerowałem „Smoking” i „Amici dela Pipa”. I właściwie wszystkie materiały, jakie chcieli uzyskać z Polski, wysyłałem im. A oni zawsze je zamieszczali. To była wielka przyjemność i było to wielce pomocne.

Następnym człowiekiem, niezwykle zaangażowanym w rozwój fajczarstwa Europy Wschodniej, był słynny kiper holenderskiej firmy „Amphora” – Uiltie Venema, który nawet w stanie wojennym przyjechał do nas na turniej. Oczywiście musieliśmy pokonać wiele trudności, bo nikt w tym czasie nie chciał zorganizować Mistrzostw Polski. Ja się podjąłem i zorganizowaliśmy je w Antoninie. Musieliśmy uzyskać… 45 różnych pozwoleń i zezwoleń. Musiałem się zobowiązać za wszystkich uczestników, że będziemy przestrzegać godziny milicyjnej itd. Mięso i alkohol były na kartki – trzeba było organizować wszystko. Ale zrobiliśmy. W każdym razie, to dziś brzmi anegdotycznie, myśmy się wysadzili jako organizatorzy na vouchery na paliwo dla Venema i oczywiście apartament w najlepszym hotelu „Orbis – Prosna”. Wydawał się nam w odpowiednim standardzie dla gościa z Zachodu. Nocleg kosztował 2500 zł, gdy ja zarabiałem w miesiąc 1800. Później pan Venema spędził jeszcze dwie noce w Antoninie. Byłem zszokowany gdy usłyszałem: – Słuchaj – tu jest pięknie. A taki hotel jak Prosna u nas stoi w każdej wsi! Tyle starań, tyle zachodu…

A jeżeli chodziło o kolegów w Polsce, to muszę powiedzieć, że łączyła nas ta myśl, że żyjemy inaczej, mamy jakieś hobby, które nie jest związane z tym co się wszystkim narzuca. I właściwie czuliśmy się towarzystwem elitarnym. Zresztą wszystkich przyjmowaliśmy do klubów, ale gros ludzi miało wyższe wykształcenie. To też była spektakularna sprawa. Na przykład w klubie słupskim było aż siedmiu lekarzy, czterech prawników. To dopiero później się tak porobiło, że przyjmowało się wszystkich, bez pytania o nic. No i były takie sytuacje różne, bardzo nieprzyjemne. Nie było ich na początku naszej drogi.

Janusz – jakie jest Twoje credo, które chciałbyś przekazać młodym ludziom, odkrywającym fajkę?

– Człowiek bez zainteresowań ma smutne życie. Uprawianie jakiegoś hobby zawsze rozszerza horyzonty, a również chodzi o to, że kontakty interpersonalne wzbogacają nas nie tylko w sensie osobowości i poznawczym, ale również dostarczają wielu przyjemności i przeżyć. Przecież jedzie się na zawody nie dla palenia i wyścigów, ale by spotkać się z kolegami, wymienić doświadczenia. Żeby zasmakować tytoniu, którego nie znam. Żeby pooglądać piękne fajeczki. Myślę, że spotkania ludzi tego typu są rzeczami nie do przecenienia. A generalnie: wszystkich młodych ludzi zachęcam do kolekcjonowania. Kontynuacja tego by ratować dorobek kultury materialnej minionych epok jest ciągle aktualna. I u schyłku życia jest teraz taka możliwość, że można je bezpiecznie przekazać do naszego muzeum w Przemyślu. Znajdą tam właściwe miejsce i jeszcze miliony ludzi będą mogły je oglądać. I cieszyć się przeżyciami, których dostarcza oglądanie pięknych przedmiotów. Bo niewątpliwie fajki są pięknymi przedmiotami. Zwłaszcza te artystyczne, czy z pianki morskiej. To są arcydzieła.

Kolekcjonowałem także literaturę fajczarska i obrazy olejne oraz grafiki. Jeszcze nie rozmawiałem z Mariuszem Olbromskim (dyrektor Muzeum Narodowego w Przemyślu – przyp.: MJ) czy chciałby przejąć te obrazy, bo je także chciałbym przekazać. Myślę, że doskonale by się komponowały z fajeczkami.

Dziękuje bardzo za rozmowę.

Przeczytaj również

Musisz mieć co najmniej 18 lat, żeby wejść na tę stronę

Potwierdź swój wiek

- -